Pisanie o piosence Tolka Murackiego p.t. „Mój Gibalak” (do posłuchania na najnowszym CD artysty ZA BLISKO STOISZ) muszę, jak często ,w wypadku akurat tego pieśniarza, zacząć od prywaty.
Otóż, ludzi którzy mieszkają w tym samym mieście, należą do tego samego pokolenia, a dodatkowo jeszcze się lubią, mogą łączyć różne rzeczy. Czasem są to te same przeczytane książki, kiedy indziej sposób patrzenia na świat, czy wspólni znajomi. A czasem tego wszystkiego po prochu i znacznie, znacznie więcej.
W naszym, moim i Antoniego Murackiego, wypadku w tym „znacznie, znacznie więcej” mieści się, między innymi, miejsce w którym dorastaliśmy. A jest to, w „naszych czasach”, zamieszkała przez robotniczą arystokrację, spauperyzowaną inteligencję i niezwykle wtedy honorową, żulię, warszawska dzielnica Wola.
Tytułowy Gibalak, to środowiskowa nazwa okolic ulicy Edwarda Gibalskiego. Ale takich „Gibalaków” było, i chyba wciąż jest, na Woli przynajmniej kilka.
To obowiązujące tu wielokulturowość i, realizowana w obrębie języka polskiego, podkulturowa wielojęzyczność, oraz swoistość ulicznego kodeksu honorowego sprawiały, że tu artystą stawał się niemal każdy nadwrażliwiec. Kompletnie niezależnie od tego, z jakiego środowiska rodzinnego się wywodził.
Trudno się zatem dziwić, że facet, któremu ułomność bycia poetą została na całe życie (tu czytaj , oczywiście Antoni Muracki), obdarza to miejsce szczególnym ciepłem i sentymentem. Jasne, również, ale nie tylko dlatego, że jest to, dziś cokolwiek zmitologizowana, kraina dzieciństwa i pierwszej młodości, lub też wcale nie ostatniej, miłości.
I o tym właśnie traktuje „Mój Gibalak” – taki powrót do punktu wyjścia, po własnych, najdelikatniejszych, i prawie już niewidocznych, śladach. Zupełnie jakby ktoś otwierał album ze starymi zdjęciami, a tam ożywa czas, gdy: „Z Okopowej krok zaledwie/ do sklepu na Pawiej/ gdzie kupiłem rudej Ewie/ pierwszą oranżadę”...albo też czarowny moment refleksji nad tym, co teraz prawie, ale na szczęście tylko prawie, bezpowrotne. Bo przecież wierzymy poecie, gdy przypomina: „A czas jak kręgi na wodzie/ I ja – podniebny przechodzień/ Ktoś nam uchyla drzwi”.
Nie potrafię, a przede wszystkim nie chcę być obiektywna, ani wobec tego tekstu, ani subtelnej biciem serca wyciszonej, melodii. Wolę po prostu słuchać wspomnienia o, także własnej, zupełnie niewinnej miłości. I naprawdę się wzruszam, bo wierzę sile i nieśmiałości takiego wyznania „...patrzyłem w modre oczy/ słodkie jak landrynki./ Jeszcze czuję smak/ Jeszcze stoję w drzwiach/ choć w nich dawno nie ma tej dziewczynki.” A i Wam wszystkim podobnych wzruszeń życzę.
Najnowsze komentarze
55 min. 3 sek. temu
8 godzin 16 min. temu
8 godzin 22 min. temu
9 godzin 9 min. temu
9 godzin 16 min. temu
9 godzin 51 min. temu
10 godzin 4 min. temu
10 godzin 9 min. temu
10 godzin 17 min. temu
13 godzin 36 min. temu